Artur Barciś od lat współpracuje z synem. "Zawsze tę pomoc znalazłem"
Artur Barciś, którego widzowie Polsatu pokochali za rolę Tadeusza Norka w kultowych "Miodowych latach", w sierpniu skończył 70 lat. Na swoim koncie ma dziesiątki ról filmowych, serialowych i teatralnych, a od lat zajmuje się również reżyserią. Przy tworzeniu spektakli chętnie korzysta z pomocy swojego syna, 37-letniego Franciszka, który jest montażystą i grafikiem komputerowym. Jak przyznał aktor w piątkowym wydaniu "halo tu polsat", doskonale zna jego możliwości i wie, że zawsze może na niego liczyć.
"Wiele razy, kiedy reżyserowałem jakieś przedstawienie, czy tworzyła się wizja, to brałem pod uwagę umiejętności Franka i wiedziałem, że będę go potrzebował. I zawsze tę pomoc znalazłem", mówił aktor w naszym studiu.
Jednym z ich wspólnych przedsięwzięć był spektakl "Świecie nasz", oparty na piosenkach Marka Grechuty, przygotowany w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. W 2022 roku połączyli siły przy "Zemście nietoperza" Johanna Straussa w Teatrze Muzycznym w Lublinie. Artur Barciś odpowiadał za reżyserię, a Franciszek za oprawę multimedialną.
Najnowszym wspólnym projektem ojca i syna jest "Bal w operze" w warszawskim Teatrze Polonia. Artur Barciś wyreżyserował przedstawienie i sam występuje na scenie, natomiast Franciszek przygotował wizualizacje, które towarzyszą aktorowi. Ojciec nie szczędził mu pochwał.
"To, co Franek zrobił, to jest trzecim bohaterem tego spektaklu", podkreślił.
"Robiliśmy razem i w Koszalinie, i w Gorzowie, i w Lublinie, i w Warszawie też", przypomniał Franciszek, wyjaśniając, że zajmuje się przede wszystkim wizualną stroną przedstawień, czyli tym, co widzowie oglądają w tle, za aktorami.
"Zawsze, kiedy tata o coś mnie poprosi, staram się znaleźć czas", dodał.

Jak wygląda praca z Arturem Barcisiem? Franciszek zdradził, co bywa trudne
Agnieszka Hyży i Maciej Rock byli ciekawi, jak wygląda współpraca ojca i syna od kulis. Czy podczas przygotowywania kolejnych spektakli Barcisiowie potrafią zapomnieć o rodzinnej relacji i traktować się wyłącznie jak współpracownicy?
"Ja staram się to rozdzielać - życie prywatne z zawodowym. I kiedy temat przyszłego projektu pojawia się na spotkaniu rodzinnym, to staram się tatę troszeczkę hamować", przyznał Franciszek.
Wyjaśnił, że nie zawsze jest to proste. Kiedy Artur Barciś angażuje się w nowe przedsięwzięcie, potrafi żyć nim niemal bez przerwy. Ma też zwykle bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec osób, z którymi pracuje.
"Zazwyczaj tata, zapraszając mnie do współpracy, ma bardzo konkretną wizję tego, czego ode mnie oczekuje", opowiadał Franciszek.
Gdy Agnieszka Hyży zapytała, czy takie podejście ułatwia mu zadanie, syn aktora z rozbrajającą szczerością i uśmiechem odpowiedział:
"Myślę, że w pewnym sensie raczej... nie".
Okazuje się jednak, że przy ich najnowszym wspólnym przedsięwzięciu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
Artur Barciś o największym wyzwaniu w karierze. "Sam sobie nie poradzę"
"Bal w operze" to monodram przygotowany na podstawie słynnego poematu Juliana Tuwima z 1936 roku. Utwór, pełen ironii, groteski i gorzkiego humoru, jest satyrą na świat władzy, pieniędzy i pozorów. W przedstawieniu, którego premiera odbyła się 25 września 2026 roku, słowom Tuwima towarzyszy muzyka Jerzego Satanowskiego oraz wizualizacje stworzone przez Franciszka Barcisia.
Dla Artura Barcisia realizacja spektaklu okazała się wyjątkowo wymagająca. Tym razem nie miał sprecyzowanego pomysłu na oprawę wizualną - dlatego pozostawił synowi znacznie więcej swobody.
"W przypadku »Balu w operze« było inaczej, dlatego że to było największe dla mnie wyzwanie w moim teatralnym życiu. I wiedziałem, że sam w tym względzie sobie nie poradzę. Ja tak naprawdę nie wiedziałem, co ja chcę, żeby tam za mną było", wyznał.
Artur Barciś oczekiwał jedynie, aby wizualizacje były inspirowane poematem Tuwima. Całą resztę powierzył Franciszkowi, a efekt przerósł jego oczekiwania.
"Potem się okazało, że on to genialnie zrobił", powiedział z uznaniem.
Franciszek zdradził, że opracowanie koncepcji wymagało sporo czasu. Pomysł nie powstał z dnia na dzień, a dojście do ostatecznego rozwiązania zajęło kilka miesięcy.
"To trwało parę miesięcy, dochodzenie do tego, jak to powinno wyglądać. Po czym powiedziałem tacie o moim pomyśle. Następnie powstał szkicowy storyboard", opowiadał.
Kiedy przedstawił ojcu swoją wizję, aktor był bardzo zadowolony z efektu. Miał tylko dwie drobne uwagi. Franciszek wspominał jego reakcję słowami: "To jest naprawdę dobre".
Maciej Rock chciał jednak wiedzieć, jak panowie radzą sobie w sytuacjach, kiedy Arturowi Barcisiowi nie podoba się propozycja syna. Aktor zapewnił, że w takich momentach nie owija w bawełnę.
"Uczciwie mówię, jak reżyser do współpracownika - to nie jest to, o co mi chodzi", wyjaśnił.
Ojciec i syn potrafią rozmawiać ze sobą otwarcie, ale z szacunkiem. Podczas wspólnej pracy najważniejszy jest przecież końcowy rezultat, a nie to, jaką drogą udało się do niego dojść.
Syn Artura Barcisia nie został aktorem. Ojciec wspomniał jego pierwszy film
W dalszej części rozmowy Agnieszka Hyży zapytała aktora, kiedy razem z żoną, Beatą Barciś, zauważyli, że Franciszek odziedziczył po rodzicach artystyczne zdolności.
"Bardzo wcześnie. Zawsze interesował się filmem, ale też żył w tym świecie", odpowiedział Artur Barciś.
Nie mogło być inaczej. Ojciec jest aktorem, mama montażystką filmową i telewizyjną, a w domu Barcisiów często pojawiali się ludzie związani z kinem i teatrem. Rodzina przyjaźniła się z aktorami i reżyserami, a rozmowy o filmach były codziennością. Jedną z rodzinnych rozrywek stanowiła nawet gra polegająca na odgadywaniu tytułów filmów oraz nazwisk ich twórców i aktorów.
Artur Barciś wspomniał również pewną historię z dawnych lat, która doskonale pokazuje, jak wcześnie chłopiec zainteresował się tworzeniem własnych filmów.
Kiedyś mały Franciszek przygotował animację, której bohaterami były... szampon i płyn do kąpieli. Z pozornie zwyczajnych przedmiotów stworzył własną filmową opowieść, wprawiając ojca w prawdziwe zdumienie.
"Ja nie wierzyłem własnym oczom, ale to było wspaniałe", wspominał aktor.
Co ciekawe, choć Franciszek dorastał w świecie filmu i teatru, nigdy nie planował zostać aktorem. Zapytany o to w studiu, z uśmiechem rzucił: "Zbyt duża konkurencja".
A przecież miał już okazję sprawdzić się przed kamerą. W filmie Marka Koterskiego "Nic śmiesznego" Franciszek Barciś zagrał małego Adasia Miauczyńskiego, a w 1999 roku wystąpił w kultowych "Miodowych latach". W odcinku "Opiekunka do dziecka" wcielił się w Jacka Walczaka Juniora, pojawiając się tym samym w serialu, który przyniósł jego ojcu ogromną popularność.
Ostatecznie Franciszek wybrał pracę po drugiej stronie kamery. Ukończył łódzką szkołę filmową i został montażystą oraz grafikiem komputerowym. Zawodowo poszedł więc raczej w ślady mamy, Beaty Barciś, która od lat zajmuje się montażem filmowym i telewizyjnym.
Franciszek przyznał zresztą, że właśnie z mamą pracuje częściej niż z ojcem. Ponieważ sam zajmuje się przede wszystkim realizacjami dla Teatru Telewizji, ich zawodowe drogi regularnie się przecinają.
"Siłą rzeczy wpadamy na siebie" - podsumował z uśmiechem.
Spektakl "Bal w operze" z Arturem Barcisiem można zobaczyć w warszawskim Teatrze Polonia już 23 i 24 października o godzinie 19:00 oraz 25 października o godzinie 16:00.







